W końcu znów nadszedł ten dzień. Szkoła, jak co roku, organizowała dla dzieci od pierwszej do czwartej klasy spartakiadę, obejmującą wiele dyscyplin sportowych. Słoneczko świeciło, stoliki na podwórku szkolnym uginały się pod ciężarem owoców, przekąsek i soków. Dzień był pełen zawodów i konkursów, które przygotowały panie nauczycielki. Wszyscy dobrze się bawili.
I tylko Maciek niecierpliwie pytał, kiedy będzie największy wyścig. Była to ostatnia, ale jednocześnie najtrudniejsza konkurencja, której trasa kluczyła przez szkolne podwórko i obejmowała kilka zdradliwych przeszkód. Dlatego udział w niej mogły brać wyłącznie starsze dzieci. Maciek oglądał co roku zawody z trybun i nie mógł się doczekać, aż będzie większy, by samodzielnie wziąć w nich udział.
Od rana opowiadał swojemu koledze Kubusiowi, jak fajnie byłoby je wygrać. Ten wzruszył jednak tylko ramionami.
– Czyżbyś nie chciał wygrać? – zdziwił się Maciek.
Kubuś zamyślił się:
– Mnie cieszą przede wszystkim same zawody i przeszkody.
Maciek nie potrafił w to uwierzyć. Co mogłoby być ważniejsze niż pierwsze miejsce? Spojrzał na przygotowany dla zwycięzcy złoty medal. Bardzo chciał go zdobyć.
Wreszcie nadeszła jego chwila. Stanął wraz z innymi na linii startu.
– Do biegu! Gotowi! Start! – Pani nauczycielka zainaugurowała wyścig i Maciek ruszył do przodu. Niebawem biegł już w czołówce. Lubił biegać i solidnie trenował, by być gotowym na ten dzień, dlatego miał teraz przewagę nad innymi uczniami i łatwo radził sobie z jedną przeszkodą po drugiej. Jedynym, którego nie udało mu się wyprzedzić, był Marcin.
Maciek zbliżał się do mety. Ostatni odcinek był najtrudniejszy i pełen przeszkód.
„No nie – pomyślał – nie wyprzedzę Marcina”. Marzenie o zwycięstwie rozwiewało się na jego oczach. Od mety dzieliło go już tylko kilka metrów, ostatnia przeszkoda i Marcin.
W międzyczasie Marcin obejrzał się, by sprawdzić, jak dużą ma przewagę. Gdy się jednak odwracał, nie…