Można by powiedzieć, że pięcioletnia Filomenka była per-fek-cjo-nis-tką. To długie słowo znaczy, że wszystko chciała mieć doskonałe. Jej pokoik był nie tylko czysty, ale wprost wypolerowany na błysk. Czasami dziewczynka sprawdzała nawet, czy jej buciki stoją w szafie w idealnie równych odstępach.
Filomenka co rano i co wieczór dokładnie wygładzała wszystkie fałdy kołderki. Równie precyzyjna była też podczas posiłku – na talerzu wszystko musiało być od siebie starannie oddzielone. A gdy kończyła jeść, talerz musiał być zupełnie czysty. Nawet kroki stawiała bardzo ostrożnie.
Jej młodszy braciszek Robcio miał cztery latka. W ogóle nie pomyślelibyście jednak, że są rodzeństwem! Robcio był hałaśliwym bałaganiarzem i wszystkie jego buciki walały się wciąż wewnątrz jednej z kanap. Bardzo często można było trafić na jedną z jego skarpetek w przedpokoju, a na drugą w salonie. Wciąż słychać było jego bieganie z jednego pokoju do drugiego.
Jego pokoik wyglądał jak po przejściu tornada. I nie pytajcie nawet, o jego zachowanie podczas posiłku! Nigdy nie zdarzyło się, by całe jedzenie z talerza skończyło w jego ustach. Był tak głośny i niegrzeczny, że jego siostrę to po prostu nie-sa-mo-wi-cie złościło.
Pewnej deszczowej soboty oboje byli zamknięci w domu. Filomena układała właśnie starannie sukienki dla lalek, gdy w poskładany stosik wpadło autko Robcia i drobne ubranka rozsypały się wszędzie wokół.
– Dosyć już tego! – krzyknęła dziewczynka. – Zrobię sobie swoje własne specjalne miejsce, w którym zawsze będzie ładnie i będzie porządek! Zrobię sobie bunkier! Tylko dla siebie!
Robcio spojrzał na nią. – Mogę ci pomóc? – zakwilił. – Budowanie bunkrów wychodzi mi całkiem dobrze.
– Tobie dobrze wychodzi tylko robienie bałaganu – odwarknęła Filomenka i ruszyła do swojego pokoju, by poszukać materiałów do budowy.
Rozejrzała się po czyściutkim pokoiku i głośno się zastanowiła:
– Hmm, nie ma tu tego zbyt…