Wiosna powoli ustępowała miejsca latu. Ela i Ania rozkoszowały się ciepłymi promieniami słońca i zapachem przeróżnych budzących się do życia kwiatów, krzewów i drzew. Najbardziej jednak cieszyły się na wypróbowanie nowych rowerów, które niedawno dostały.
Gdy nadszedł w końcu weekend, trzeba było już tylko przygotować rowery i przekąski na drogę. Siostrzyczki wstały o brzasku, by wyruszyć jak najszybciej. Ich zaspani rodzice niemrawo pakowali rzeczy do toreb i sprawiali wrażenie, że chętnie pospaliby jeszcze kilka minut. Dopiero gdy zaczęli pedałować, całkowicie obudzili się pod wpływem świeżego porannego powietrza.
Wycieczka rowerowa przebiegała zgodnie z planem. Rodzinka zatrzymała się dopiero w porze obiadowej, by zjeść grzanki z warzywami. Stało się jednak coś, czego nikt się nie spodziewał: okazało się, że wszystkie przygotowane smakołyki zostawili w domu w lodówce. Mama załamała tylko ręce. Ela i Ania zrobiły się z tego głodu bardzo marudne, tata zresztą też.
Nagle, na skraju miasteczka, zauważyli mały domek, przed którym znajdowała się tablica reklamowa zawierająca jedno słowo: pho. Już z oddali czuć było cudowny zapach przypraw. Decyzja zapadła więc w okamgnieniu.
Nie zdążyli nawet wygodnie usiąść, gdy przed każdym wylądowała na stole ogromna misa, z której unosiła się jeszcze para. Wygłodniałe siostrzyczki i rodzice z miejsca rzucili się na cieniutkie plasterki mięsa, pachnącą ziołami zupę i soczysty makaron.
Ania próbowała jeść pałeczkami, niezbyt jej to jednak wychodziło.
– Są śliskie jak dżdżownice – stwierdziła ze śmiechem. Gdy próbowała wyrównać w ręce nieposłuszne pałeczki, nagle… niechcący przekręciła pierścień.
A ponieważ pierścień ten nie był zwyczajny, na pewno wiecie już, jak dalej potoczyła się ta historia. Właśnie tak. W mgnieniu oka siostry znalazły się gdzieś indziej.
Wciąż siedziały wprawdzie z mamą i tatą przy stoliku, ten wyglądał jednak zupełnie inaczej. Był o wiele niższy, plastikowy, a wszędzie wokoło poruszały się motorowery, czterokołowce i…