Dawno, dawno temu – chociaż kto wie, może wcale nie tak dawno – w naszym miasteczku stała karuzela dla dzieci. Była to mała karuzela z dwoma konikami, autkiem, słonikiem, pociągiem, samolocikiem, smokiem i łabędziem. Stała dokładnie na środku rynku, kręciła się i bawiła dzieci od rana do wieczora. A one wszystkie wprost ją uwielbiały.
Nie była to jednak zwyczajna karuzela. Była bowiem czarodziejska. Każdego wieczoru, gdy dzieci z rodzicami rozeszły się już do domów, karuzela ożywała.
Najpierw odezwał się słonik:
– Ach, to znów był piękny dzień! Tyle szczęśliwych dzieci dziś przewiozłem. A jaki dzień miałyście wy, koniki?
Koniki wesoło zarżały:
– Nie mamy się na co uskarżać. Dzień był cudowny, tak samo jak wczoraj i przedwczoraj.
– Najwyższy czas zadbać o siebie – powiedział łabędź, rozpostarł skrzydła, trochę nimi zatrzepotał, po czym zaczął je czyścić.
– Prawda, przyjacielu – zgodził się samochodzik.
– Chętnie ci pomogę – zaoferował się natychmiast słonik. Zszedł z karuzeli, podszedł do płynącej przez miasteczko rzeczki, wciągnął w trąbę solidną dawkę wody i umył samochodzik, aż ten błyszczał jak nowy.
– Dziękuję ci, słoniku – odrzekł grzecznie samochodzik. – Wyskoczę jeszcze zamoczyć koła – dodał i od razu ruszył w stronę rzeczki, w której zanurzył po chwili wszystkie koła.
Później słonik znów nabrał wody w trąbę i po kolei umył koniki, pociąg, samolocik, a nawet małego smoka, który bardzo się przed tym wzbraniał. Próbował nawet ziać ogniem.
– Jestem przecież smokiem! Ile razy mam ci powtarzać, że my, smoki, kochamy ogień, nie wodę! – denerwował się smok, kolejny raz próbując plunąć płomieniem. Ale ponieważ był smokiem z karuzeli, to – tak samo jak wiele razy wcześniej – nic z tego nie wyszło.
– Smok, który nie potrafi ziać ogniem, ha-ha! – naśmiewał się z…